Nie jestem na tym świecie, aby sprostać oczekiwaniom innych ludzi,
ani nie czuję, że świat musi sprostać moim oczekiwaniom.

~ Fritz Perls


Jednym z najsilniejszych wspólnych mianowników magów, czarownic i cunning folków jest to, że wszyscy spędzili życie na obrzeżach społeczeństwa. Gdyby dobrze wykonywali swoją pracę, z definicji żaden z nich nie miałby plakietki z nazwiskiem w lokalnym pubie ani nie miałby możliwości robić zakupów na kreskę w sklepie spożywczym. W całej historii studenci mrocznych sztuk wydają się być przedmiotową lekcją samotnika – mieszkając bliżej gór, lasów i zwierząt niż ich bliźni. Jako zjawisko społeczne wcale nie są zjawiskiem społecznym; przeważnie wyróżniają się tylko swoją nieobecnością.

Wszakże to, czy ci ludzie świadomie zdecydowali się przenieść na margines społeczeństwa, aby podnieść swoje niesamowite Rzemiosło, czy też tam trafili z powodu braku umiejętności społecznych jest rzadko badane. Chociaż niektórzy z nich mogą mieć reputację uzdrowicieli – i tym samym aktywnie przyczyniać się do większego dobra swoich społeczności – ich wkład zawsze nosi znamiona niesamowitości i działania poza prawem lub obyczajowością.

W rzeczywistości, są ludzkim ucieleśnieniem trującej rośliny w ogrodzie społecznym: niezwykle ważne jako zasób w czasach kryzysu, ale jednocześnie wystarczająco złowrogie, aby wywołać pytanie, czy to nie właśnie oni spowodowali kryzys? W tym artykule zajmiemy się tym samym pytaniami na temat roli empatii w magii. Oczywiście będę mógł mówić tylko z punktu widzenia praktyka, ponieważ nie jestem ani historykiem, ani psychologiem klinicznym.

Podejdziemy do tematu koncentrując się na dwóch głównych aspektach: po pierwsze, jeśli magowie i inni praktykujący zachodnią wiedzę okultystyczną dzielą się podobnymi doświadczeniami podczas swoich wczesnych lat szkolenia, czy wpływa to na to, jak odnoszą się oni do pojęcia empatii? Po drugie, w jaki sposób perspektywa głównego nurtu mediów na empatię ewoluowała w ostatnich latach, a tym samym potencjalnie doprowadziła do dalszego podziału między praktykami magii a głównym nurtem społeczeństwa?


WPŁYW TRENINGU MAGICZNEGO

Nieufność i ostracyzm głównego nurtu społeczeństwa wobec tych marginalnych postaci ma wiele powodów. Jednak jak zawsze w życiu, gdy coś pójdzie nie tak, wina nigdy nie leży po jednej stronie. Obwinianie społeczeństwa za nieprzyjmowanie okultystycznych wyrzutków byłoby tak samo bezużyteczne, jak obwinianie tych drugich za to, że do końca nie integrują się ze społeczeństwem. O wiele bardziej interesujące jest pytanie, czy jesteśmy w stanie dostrzec pewne cechy behawioralne wspólne dla praktykujących okultystów, które mogły przyczynić się do ich miejsca na obrzeżach społeczeństwa? Proponuję rozpocząć tę eksplorację z bardzo praktycznego punktu widzenia. Pozwólcie, że podzielę się kilkoma spostrzeżeniami, które poczyniłem podczas mojego wczesnego magicznego treningu:

Kiedy po raz pierwszy podjąłem magiczny trening, mój nauczyciel zrobił bardzo mądrą rzecz. Nie zrobił tego tylko dla mnie, ale w taki sposób podchodził do magii w ogóle. Jako pierwszy krok zaproponował zmniejszenie hałasu. Cóż, był to niezbędny wymóg dla wszystkiego, co miało nastąpić. Jak zawsze sposób, w jaki podchodził do rzeczy, był niezwykle pragmatyczny: „Na początek, oto, co zrobisz. Rozejrzyj się i zacznij ćwiczyć, albo w ogóle nie zawracaj mi głowy”.

Wszystkie techniki i doświadczenia, które przeszedłem podczas pierwszych lat szkolenia, koncentrowały się na zmniejszeniu hałasu. Szczególnie hałasu dochodzącego z zewnątrz: nauczyłem się siedzieć cicho przez długie odcinki czasu i redukować hałas mojego ciała. Nauczyłem się, jak trzymać oczy otwarte bez mrugnięcia (technika zwana Trataka) i nie brać pod uwagę łez spływających po mojej twarzy i zamazanego świata. Nauczyłem się, jak tworzyć dla siebie przestrzenie i chwile całkowitej izolacji; niezakłócony codzienny czas ćwiczeń, który wykluczał wszelkie interwencje zewnętrzne. Nauczyłem się, jak oddychać i jak używać oddechu, aby zmyć z mojego ciała i umysłu wszystkie szkodliwe myśli i emocje. Dowiedziałem się również, jak zakończyć relacje społeczne, które nigdzie nie prowadziły; które odwracały uwagę od tego, co tak naprawdę próbowałem osiągnąć.

Patrząc wstecz dzisiaj, co najważniejsze, nauczyłem się panować nad sobą i innymi, przechodząc przez te wszystkie procesy wewnętrzne i zewnętrzne. Pomogło mi to zredukować moje emocjonalne przywiązanie do ulotnych pragnień, krótkotrwałych mrzonek i chwilowych zachcianek – czyli do około 95% rzeczy, które wypełniają nasze codzienne normalne życie. Nauczyło mnie to, że nie trzeba unikać odrobiny bólu, ani zachłannie pożądać odrobiny radości.

Nauczył mnie być cicho, wolnym od natłoku wypełniającego nas od wewnątrz i otaczającego na zewnątrz. Kiedy wszystkie te rozproszenia znikną, wyblakną w tle naszej psychiki i światów subiektywnych, nasze spojrzenie na życie jest niezakłócone i może się zmieniać w najbardziej radykalnych i niezbędnych warunkach. To moment, w którym otrzymujemy największy dar: zdolność do wzięcia odpowiedzialności za siebie.

Jednakże nie dzielę się tymi osobistymi historiami, ponieważ to, przez co przeszedłem, różni się od tego, czego uczysz się w wielu innych magicznych tradycjach. W rzeczywistości argumentowałbym dokładnie odwrotnie: to, o czym mówię, jest bardzo powszechnym doświadczeniem dla większości osób rozpoczynających praktykę kapłanki, maga lub czarownicy. Wydaje się, że jest to niezbędne doświadczenie inicjacyjne, które odbywa się w izolacji i konfrontacji z samym sobą – co z kolei otwiera drzwi dla wszystkich przyszłych postępów i praktyk. Wierzę, że jest to centralny, ale często pomijany most, który prowadzi w czasie do wszystkich naszych przodków.

Załóżmy, że można bezpiecznie przyjąć powyższą tezę: Czego moglibyśmy się z tego dowiedzieć o magii i empatii? Cóż, osoba, która nauczyła się być (bardziej) samowystarczalna, ma zupełnie inne potrzeby społeczne niż ludzie, którzy tego nie robią. Nasze społeczeństwo dzisiaj, podobnie jak średniowieczne miasta, starożytne społeczności lub całe królestwa, zostały zbudowane na potrzebach społecznych wyrażanych przez ludzi, którzy nie przeszli magicznego treningu. Dlatego sam skład społeczeństwa – jego infrastruktura, wartości, cnoty i tabu – jest zoptymalizowany, aby zaspokoić potrzeby, które niekoniecznie dotyczą potrzeb praktyka magii, czyli kogoś, kto nauczył się żyć w większym stopniu ze sobą.

Zamiast tego podstawowa przesłanka etyki zachodniej opiera się na niekwestionowanym znaczeniu spójności społecznej. Jeśli społeczeństwo składa się z osób, które nie są w stanie zaspokoić swoich osobistych potrzeb, zapewnienie, że te potrzeby zostaną zaspokojone przez inne osoby, staje się jego najważniejszym powodem istnienia. Z perspektywy kogoś, kto nie podziela wszystkich tych potrzeb – a przynajmniej nie ma poczucia pilności, która zwykle im towarzyszy – takie społeczeństwo może być postrzegane jako wysoce ograniczające, a nawet represjonujące. Ekstremalny sposób wyrażenia tego może brzmieć następująco: „Dlaczego muszę tu być, aby odpowiedzieć na twoje potrzeby emocjonalne, psychiczne, a nawet fizyczne, aby zadbać o twoje ludzkie dobro, skoro możesz to wszystko zrobić sam – ale wybrałeś tego nie robić?”. Zobacz, gdzie to mogłoby nas doprowadzić w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak wielu naszych przodków musiało spędzić życie na marginesie społeczeństwa?

Oto moja robocza hipoteza: Pomimo faktycznego rzemiosła, rytuałów, zaklęć, mikstur lub trucizn, nad którymi może pracować każdy cunning folk, to właśnie ten niezbędny pogląd na życie i umiejętność lepszego dbania o własne potrzeby tworzy podział między czarownikami, a centrum społeczeństwa – podział, który rozciąga się w czasie na przestrzeni wieków, a może nawet tysiącleci.


EMPATIA – NARZĘDZIE ZMIENIONE W FETYSZ

Czy więc właśnie wzmocniliśmy odwieczny stereotyp maga jako egoistyczny klin rozszczepiający działającą społeczność? Nie wierzę w to. Tak naprawdę uważam, że wręcz przeciwnie. Czarownicy nie są pozbawieni empatii i współczucia – po prostu podchodzą do tych terminów z zupełnie innej perspektywy. Dbają o potrzeby innych – po prostu mają różne filtry określające, co może oznaczać „bycie w potrzebie” i jak może wyglądać odpowiednia odpowiedź na to pytanie.

Aby wyjaśnić te subtelne, ale niezwykle ważne różnice w perspektywie, przyjrzyjmy się najpierw definicjom w rozumieniu głównego nurtu. W szczególności spójrzmy na pojęcie empatii oraz sposób, w jaki jest ona opisywana i pozycjonowana jako centralna cnota (choć częściej aspirowana niż wprowadzana w życie) w społeczeństwie zachodnim.

Współczesne angielskie słowo empathy wywodzi się pierwotnie z greckiego empatheia, która z kolei składa się z dwóch słów em = wewnątrz, w środku i patos = pasja, cierpienie. Zanim jednak angielskie słowo zrodziło się z greckiego rdzenia, najpierw pojawiło się w języku niemieckim w XIX wieku jako „Einfühlungsvermögen”. To typowe niemieckie słowo można przetłumaczyć jako „zdolność wyczuwania emocji innej osoby”. Dwa stulecia i wiele badań później, możemy znaleźć nowoczesną definicję pojęcia empatii w najnowszej pracy Simona Barona-Cohena „The Science of Evil – on Empathy and the Origins of Cruelty”:

“Empathy is our ability to identify what someone else is thinking or feeling and to respond to their thoughts and feelings with appropriate emotion.” (Baron-Cohen, p.18)

“Empatia jest naszą zdolnością do rozpoznania, co myśli lub czuje druga osoba, oraz zareagowania na jej myśli i uczucia odpowiednią emocją.”

Nowością w tej definicji jest to, że zdolność zwana teraz empatią składa się z dwóch następujących po sobie elementów – rozpoznawania i reakcji. Jak wyjaśnia Baron-Cohen w swojej książce, wiemy o kilku zaburzeniach osobowości, które pozwalają ludziom z powodzeniem przetworzyć jeden z tych dwóch kroków, ale zapobiegają drugiemu. Przykładem mogą być ludzie z zespołem Aspergera. Tacy ludzie często nie potrafią odpowiednio rozpoznać lub odczytać uczuć innych ludzi, tj. Pierwszego etapu procesu empatycznego. Jednak ich reakcyjna empatia, tj. Ich zdolność do reagowania na emocje innych ludzi, gdy zostaną dokładnie rozpoznane często, pozostaje nienaruszona. Jeśli osoby te otrzymają wsparcie i szkolenie w zakresie kategoryzacji swoich obserwacji, wskazówek werbalnych i niewerbalnych, są w stanie zbudować wewnętrzny system logicznych zasad, który łączy pewne spostrzeżenia z pewnymi oczekiwanymi społecznie odpowiedziami. Za pomocą takich środków – łącząc zepsuty intuicyjny proces z logiką – mogą nadal uczestniczyć w codziennym życiu społecznym.

Jednak to właśnie koncepcja indywidualnego wyboru między odpowiedzią z empatią lub wybraniem pokazania mniej empatycznych zachowań jest pomijana w książce Barona-Cohena – a także w większości naszych obecnych dyskusji medialnych na ten temat. Filtr, którego nie chcą ukazać ani nawet uznać to fakt, że rozumieją empatię jako coś uniwersalnie pożądanego w sobie. Zamieniają empatię z narzędzia neuronalnego w cnotę, z jednej z wielu wspaniałych ludzkich umiejętności w niezbędną przesłankę życia.

W rezultacie empatia zostaje postawiona na piedestale i odcięta od równowagi i przeciwwag, których potrzebuje, tak jak wszystkie inne funkcje w przyrodzie – przynajmniej dla praktykujących magów. Niezwykle naiwne, ale centralne założenie książki Barona-Cohena i  dużej części debaty publicznej jest takie, że jeśli wszyscy okażemy ogromną empatię w każdej minucie dnia, można uniknąć wszelkiego rodzaju konfliktów i nikt nie pozostanie niezauważony. W ten sposób empatia zostaje przekształcona w najnowszą wersję starożytnego alchemicznego Alkahestu:

Aby to udowodnić, Baron-Cohen wprowadza tak zwany test ilorazu empatii, ankietę, która pozwala zmierzyć poziom empatii. Po dokładnych badaniach i studiach on i jego współpracownicy doszli do wniosku, że na poziomie kolektywnym całkowita ilość empatii rozkłada się zgodnie z krzywą w kształcie dzwonu w całej populacji społeczeństwa. To znaczy, że większość ludzi zdobędzie punkty gdzieś pośrodku łuku, a mniejsza ich ilość na końcach krzywej.

Teraz, zgodnie z uprzedzeniami moralnymi badacza, im wyższy wynik, tym lepiej, im niższy wynik, tym bardziej wskaźnik staje się znaczącym zaburzeniem osobowości. Nawet jeśli ktoś osiągnie szczyt wyniku Baron-Cohen nie widzi potrzeby oswajania, zahamowania empatii, ale zachęca czytelników do akceptowania takich osób jako wzorów do naśladowania. Pozwólcie, że podzielę się rzeczywistym przykładem tak wysoko ocenianej osoby, jaką Baron-Cohen maluje w swojej książce:

„Hanna jest psychoterapeutką, która ma naturalny dar dostrajania się do tego, jak się czują inni. Gdy tylko wejdziesz do jej salonu, ona już czyta twoją twarz, twój chód, twoją postawę. Najpierw pyta cię: „Jak się masz?” ale to nie jest zwyczajowy frazes. Jej intonacja – nawet zanim zdejmiesz płaszcz – sugeruje zaproszenie do rozmowy, do otwarcia, podzielenia się. Nawet jeśli odpowiesz tylko krótką frazą, twój ton głosu zdradza jej twój wewnętrzny stan emocjonalny, a ona szybko reaguje na twoją odpowiedź: „Brzmisz trochę smutno. Co cię zdenerwowało?” Zanim się zorientujesz, otwierasz się na tego cudownego słuchacza, który wtrąca się tylko po to, by zaoferować słowa pocieszenia i troski, aby odzwierciedlić twoje samopoczucie, od czasu do czasu oferując kojące słowa, aby cię wzmocnić i sprawić, że poczujesz się ceniony. Hanna nie robi tego, ponieważ jest to jej praca. Zachowuje się tak przy swoich klientach, przyjaciołach, a nawet ludziach, których dopiero co poznała. Przyjaciele Hanny czują się bezpiecznie w jej towarzystwie, a jej przyjaźnie opierają się na dzieleniu się zaufaniem i wzajemnym wsparciu. Posiada niepowstrzymany pęd do wczuwania się w emocje innych.” (str. 29)

Nie wiem jak Ty – a może kłócę się tutaj ze strony obozu psychopatów? – ale Hanna i ja mielibyśmy pewne problemy zaraz po tym, jak wszedłbym do jej salonu… Oto kilka zastrzeżeń, które chciałbym wskazać:

  • Jak dobra jest Hanna w zapewnianiu innym ludziom przestrzeni? Czy rozumie, że jej zachowanie można odczytać jako brak poszanowania granic innych ludzi?
  • Czy interpretując głos jako „smutny”, zdaje sobie sprawę, że jej interpretacja może być subiektywna? Jeśli jej interpretacja była błędna, jak to sprawi, że druga osoba się poczuje?
  • Jeśli jej zachowanie sprawia, że „otwieram się na nią, zanim się zorientuję” – jak świadoma Hanna jest cienkiej granicy między empatią a manipulacją?
  • Jak Hanna pomaga swoim dzieciom (lub klientom, przyjaciołom, rodzinie itp.) nauczyć się dbać o siebie? Jak zachowanie Hanny wpływa na poczucie dorosłości i autonomiczności jednostek, które ją otaczają?
  • Jeśli Hanna ma „niepowstrzymane dążenie do empatii” – czy uczciwie byłoby powiedzieć, że musi czytać emocje innych ludzi? Jak łatwo jest jej być samej ze sobą?
  • Jeśli jej skupienie i uwaga są tak zewnętrzne, to jak świadomie zastanawia się i dba o własne potrzeby?

Wydaje mi się, że teza, którą staram się wyjaśnić, jest dość jasna: empatia zamieniona w świętość, jak wszystko inne, nie pozwoli jej stać się częścią organiczną relacji. Stanie się odizolowana, niezrównoważona i ostatecznie zdeformowana – z czasem jednakowo zdeformuje swoich wielbicieli. Społeczeństwo oparte na etycznej przesłance „im więcej empatii, tym lepiej” będzie ślepa na wszelkie doświadczenia sprzeczne z ich fetyszem – i zacznie je demonizować, gdy będzie zmuszone do konfrontacji z takimi doświadczeniami.

Naukowiec Barbara Oakley, prowadząc badania nad Patologicznym Altruizmem, przedstawia bardzo konkretny, ale dalekosiężny przykład takich konsekwencji – tj. ciemnej strony empatii.

„Patologiczny altruizm może być rozumiany jako zachowanie, w którym próby promowania dobrobytu drugiej osoby lub innych osób powodują zamiast tego szkodę, którą mógłby stwierdzić zewnętrzny obserwator. (…) Próba altruizmu, innymi słowy, powoduje obiektywnie przewidywalną i nieuzasadnioną szkodę dla siebie, celu altruizmu lub innych osób poza celem ”.

~ Oakley, Concepts and implications of altruism bias and pathological altruism, link, str. 1-2

Oakley kontynuuje wyjaśnianie, że przypadki patologicznego altruizmu nie są – jak można by przypuszczać – rzadkimi aberracjami ludzkiego zachowania lub ograniczają się do osób z niejawnymi zaburzeniami osobowości. Zamiast tego jest to zachowanie, które „w przeważającej mierze występuje w stosunkach międzyludzkich”. (Oakley, str. 2) Pomimo szeroko zakrojonych działań na rzecz zbadania tego zjawiska uzyskanie wyników było niezwykle powolne – tak jak można się spodziewać w przypadku badań, które niosą ryzyko wejścia do świętej świątyni społeczeństwa i zburzenia jej bożków.

„Częściowym powodem, dla którego patologie altruizmu nie były dogłębnie badane lub włączone do dyskursu publicznego, wydaje się być obawa, że ​​taka wiedza może zostać wykorzystana do zlekceważenia znaczenia altruizmu. Rzeczywiście, w nauce istnieje długa historia unikania podejść zmieniających paradygmat, takich jak ewolucja darwinowska i uznanie wpływu czynników biologicznych na osobowość, wynikające częściowo ze obaw, że taka wiedza w jakiś sposób zmniejszy ludzkie motywacje altruistyczne. Takie obawy zawsze okazywały się bezpodstawne. Wątpliwości te zminimalizowały jednak zdolność naukowców do dostrzeżenia powszechnej, niezwykle istotnej natury patologii altruizmu. Jak zauważa psycholog Jonathan Haidt, „Moralność wiąże i oślepia”. (…) Teza patologicznego altruizmu podkreśla wartość prawdziwego altruizmu, poświęcenia i innych form prospołeczności w życiu człowieka. Jednocześnie uznaje potencjalną szkodę spowodowaną ślepotą poznawczą, która pojawia się za każdym razem, gdy grupy traktują pojęcie jako święte. ” (Oakley, str. 2)

WOLNOŚĆ DOŚWIADCZANIA WSZYSTKICH STANÓW ISTNIENIA

Po zapoznaniu się z koncepcją empatii i obecnym fetyszem społeczeństw zachodnich, a także ryzykiem, jakie może nieść – jakie nowe informacje daje nam to na temat magów i czarownic oraz ich tradycyjnego miejsca na marginesie społeczeństwa? Cóż, wierzę, że wskazuje to na wyraźną różnicę w tym, czego te grupy społeczne – z jednej strony społeczeństwo głównego nurtu, z drugiej strony magowie, czarownice itp. – zasadniczo oczekują od swoich społeczności: podczas gdy ta pierwsza przede wszystkim oczekiwała wzajemnej opieki, bezpieczeństwa osobistego i dobre samopoczucia, ta druga oczekiwała wolności, wzajemnej tolerancji i szacunku. Oczywiście w idealnym świecie te oczekiwania nie wykluczają się wzajemnie. Jednak historia udowodniła, że z jakichś powodów wydają się one trudne do połączenia.

Magię kiedyś opisywano jako „techniki na rzecz wolności”. Z kolei wolność można opisać jako umiejętność dbania o własne potrzeby – lub po prostu niezależność. Wiele z tego, co mają do zaoferowania nasze zachodnie i wschodnie magiczne tradycje, to dokładnie to: techniki, które pozwalają ludziom realizować i dbać o własne potrzeby. Techniki te, zamiast kierować się pociągami, emocjami i pragnieniami, pozwalają zmienić hierarchię władzy w nas samych – i zamienić wierzchowca w jeźdźca i odwrotnie.

Nie oznacza to wcale, że zachodni magicy powinni być źle rozumiani jako maniacy kontroli, ludzie z nastawieniem na regulowanie swoich stanów wewnętrznych lub reakcji zewnętrznych; z pewnością nie są to osoby, które wstydzą się prosić o pomoc lub oferować ją, jeśli zostaną o to poproszeni. Mam jednak nadzieję, że są to ludzie, którzy mają mniej problemów z odpuszczeniem. Potrafią odciąć się od własnych pragnień i lęków, ego i zachcianek, a także ich własnych cieni i demonów.

Chodzi o to, że możemy nauczyć się odpuszczać tylko wtedy, gdy przestajemy ciągle prosić o więcej. To, czego potrzebujemy jako magowie – tak samo jak ludzie o innych ścieżkach życia mogą potrzebować czegoś przeciwnego – to chwile, kiedy jesteśmy sami, odizolowani, narażeni na siebie, podatni na ból, cierpiący i przerażeni. Magowie uczą się cierpliwości, opanowania i ciszy oraz używania własnych ciał i umysłów jako laboratoriów ducha i życia.

Jeśli będziemy stale zaspokajać wszystkie nasze potrzeby, nigdy nie nauczymy się ich powstrzymywać. Jeśli nieustannie obawiamy się, że nasz krąg wygody może się zmniejszyć, nigdy nie odważymy się sprawdzić jego granic. Magowie bardziej niż czegokolwiek innego potrzebują do rozwoju świata, który się do nich nie wtrąca, świata, który pozwala na osobistą swobodę wyboru – nawet cierpienia lub odejścia ze wszystkimi konsekwencjami. Innymi słowy: świata, który ich nie patronuje.

Dla mnie jest to powód, dla którego cunning folkowie, czarownice i magowie przez wieki żyli na marginesie społeczeństwa. Nie dlatego, że nie byli gotowi oferować pomocy, wspierać innych w potrzebie ani współczuć i okazywać współczucia. Ponieważ jednak charakter ich pracy wymagał magicznego kręgu ciszy i spokoju – inni nie próbowali im pomóc. Jeśli osiągniesz tak wysoki poziom empatii, że przetrwanie pewnych poziomów cierpienia lub narażenia na strach wydaje ci się nieludzkie lub okrutne, magia po prostu nie jest twoją drogą. Taka realizacja nie jest ani dobra, ani zła; po prostu jest. Prawda jest taka, że Hanna byłaby okropną czarownicą – dlatego została terapeutką.

Czego chciałbym się spodziewać po Hannie i badaczach, takich jak Baron-Cohen, to świat, w którym oboje mamy przestrzeń i wzajemny szacunek, by podążać naszymi ścieżkami. Przesłanki drogi maga z pewnością nie są uniwersalne; najprawdopodobniej są one wadliwe i zdeformowane na swój własny sposób. Jednak po dwóch tysiącleciach demonizacji ludzi, którzy wybrali życie inaczej, liczyłem na koniec stygmatyzacji lub ewangelizacji – nie na kolejną falę.

Jestem świadomy, że przedstawione tu moje podejście do empatii można łatwo odczytać jako brak szacunku dla potrzebujących lub ciężkich okoliczności życiowych. Naprawdę mam nadzieję, że tak nie będzie. W rzeczywistości jest to jedna z najtrudniejszych rzeczy do nauczenia się w życiu – że inni ludzie potrzebują innych rzeczy niż ty. Kiedy już osiągniesz umiejętność szacunku dla własnych potrzeb, emocji i pragnień, łatwo zapomnieć, jak było wcześniej. Niezależnie jacy jesteśmy, bez względu na to, jak wadliwi, zdeformowani i równocześnie błyskotliwi, z łatwością jest nam uważać siebie za odpowiednich do modelowania świata na własny obraz.

O dziwo, to, czego magowie potrzebują, aby dobrze funkcjonować w społeczeństwie, można opisać jako inny rodzaj empatii: potrzebują zdolności NIE wyciągania wniosków z własnych stanów wewnętrznych na innych ludziach. Jako magowie potrzebujemy umiejętności, aby NIE rzutować własnych uczuć i emocji na innych ludzi. Ponadto potrzebujemy silnych korzeni w glebie, w pokorze i życiu w służbie. Ponieważ życie w służbie uczy nas, że różne nie są lepsze ani gorsze; po prostu są.

ALTERNATYWNY POGLĄD

Podsumowując, pozwólcie, że podzielę się alternatywnym pomysłem na to, jak mogłoby wyglądać życie: życie z bardziej świadomym wyborem, kiedy i jak wykorzystać dar empatii. Życie, które nie myli empatii z rozpuszczającym wszystko alkahestem, ale pozwala jej spocząć w swoim ekosystemie organicznym. Myślę, że takie podejście musiałoby zaczynać się od bardzo prostej rzeczy – obejmowania życia we wszystkich jego formach i odcieniach. Musielibyśmy ponownie zaprosić wszystkie siły i cienie, które zostały zablokowane pod rządami empatii…

  • Studiując empatię, łatwo można zapomnieć o ogromnych mocach twórczych uśpionych w sile Agresji. Podobnie doświadczenie bycia Ofiarą jest niezwykle ważne dla zrównoważonego wzrostu – ponieważ uczy nas o siłach, które przechodzą przez nas w chorobie, bezruchu i śmierci.
  • W przeciwieństwie do obsesji psychologów, aby nieświadomie uwolnić wszystko, w magii wiemy o mocy Blokowania, pohamowywania. Podobnie w magii często działamy jako Pojemnik na siły, które są nam obce – w ten sposób wymagając ogromnej ilości zwinności i absorpcji od naszego ciała i umysłu.
  • Wreszcie, empatia pojawia się w sytuacji, kiedy działamy jako Uzdrowiciele. Jednak jako magowie często nie tylko wczuwamy się w klienta, ale jeszcze bardziej w rośliny, korzenie, pieczęcie i duchy, z którymi pracujemy, aby wyhodować lekarstwo. I nikt z nas – czy to wiedźma, mag czy jakakolwiek inna żywa istota – nie powinien być zbyt dumny, by sam być Uzdrowionym. Pogodzenie się z tym, że tylko ktoś inny może nas znów złożyć do kupy, bycie posiniaczonym lub nagim przed innymi to niezwykle ważne umiejętności, których uczymy się tylko poprzez cierpienie.

Autor: Fr. Acher
Tłumaczenie: Rasphul